Pomysł na wyjazd pojawił się jakoś chyba przed Bożym Narodzeniem. Moja kuzynka wraz rodziną mieszka tam już tu od jakiegoś czasu. Osiedlili się w Belgii i tam też chcą zostać na stałe. Wcześniej miałam okazję odwiedzić ich w Anglii 😉
Bilety kupiłam w styczniu – cena całkiem spoko, mimo że termin majówkowy. Plan – wylot po południu we wtorek (30.04), powrót w sobotę (04.05).
Przed podróżą
Przed wyjazdem nie planowałam za dużo. Zdałam się na kuzynkę i polecajki podesłane przez mojego brata.
Z opcji dodatkowych w Ryanair zdecydowałam się na opcję „pierwszeństwo wejścia + bagaż podręczny do 10kg”. Bagażu dużo nie miałam, ale gra, którą zabrałam jako prezent dla gospodarzy, przekraczała dopuszczalne wymiary. Przy okazji przetestowałam, jak to jest 😉 Wybór miejsca – to nie mój pierwszy lot, więc nie ma większego znaczenia, gdzie będę siedzieć. Oczywiście mam swoje ulubione opcje (z przodu, przy przejściu). Dobrze jest zwlekać z odprawą – czekałam do około północy i „wylosowałam” miejsce 3C. Czyli dla mnie super 😊

Dzień 0
Dzień wyjazdu, a właściwie wylotu. Z domu wyszłam około 12, na spokojnie dojechałam na lotnisko (tramwaj + autobus). Kontrolę przeszłam wręcz ekspresowo, miałam prawie 2 godziny zapasu. Dużo, ale wolę mieć za dużo czasu niż lecieć na ostatnią chwilę.
Ceny na lotnisku są co najmniej wysokie, ale głodek zaczął się odzywać. Jadłam tylko śniadanie. Wszakże syte, ale już chwila od niego minęła. Skusiłam się na kanapkę plus butelkę Corony. A co tam, zaczynam majówkę 😉
Potem pokręciłam się po lotnisku, aż ogłosili, żeby się zbierać przy gate’ach. Jak wspomniałam pierwszy raz korzystałam z opcji pierwszeństwa. Stanęłam w kolejce, szybko poszło i… stanęliśmy przy szklanych drzwiach czekając na autobus. Czekaliśmy dłuższą chwilę – było gorąco, a szklane ściany tylko potęgowało uczucie gorąca. Przyjechał autobus, zapakowałyśmy się i przejechaliśmy kawałek do samolotu.

Przy wchodzeniu było trochę tłoczno, ale nawet poszło całkiem sprawnie. W pewnym momencie zwątpiłam, żebyśmy się wyrobili o czasie. Ale jednak myliłam się 😉
Lot – spoko. Jedynie małe przemyślenie: jeśli w czasie lotu chcę czytać, to muszę mieć słuchawki z muzyką 😉 Załoga przesympatyczna, ale ciężko było się skupić na książce przy reklamach perfum czy zdrapek.
Wylądowaliśmy – ba, przed czasem! Wypuścili nas z samolotu. Jak to na lotnisku, trzeba trochę kroków zrobić, żeby wyjść. Po wyjściu z lotniska odebrała mnie kuzynka i pojechałyśmy do Waterloo.
Zrzuciłam swój „wielki bagaż”, domownicy zaczęli się zbierać. Kuzynka chciała jeszcze pojechać na zakupy – zabrałam się z nią, żeby obczaić tutejszy market 😉 Nawet dany market też jest w Polsce, to zawsze są jakieś różnice.
Po zakupach udałyśmy się na spacer. Będąc jakieś 10 km od granic Brukseli, spacerowałyśmy sobie przez pola. Nadrobiłyśmy zaległości 😉 Towarzyszyła nam Ronia, a także spotkałyśmy po drodze tutejsze krówki.




Wieczorek spędziliśmy rodzinnie w ogródku. Zaczęło trochę padać, więc siedliśmy pod daszkiem. Mąż kuzynki rozpalił ognisko.

Dzień 1 – Brugia
Poranek minął powoli i leniwie. Poszłyśmy z kuzynką na krótki spacer, przygotowałyśmy zapiekankę na obiad – to znaczy ja byłam pomocnikiem 😉
Około 13 wyruszyłyśmy w kierunku Brugii. Od śniadania trochę minęło (a jak wyjeżdżałyśmy, to zapiekanka dopiero co wylądowała w piekarniku), więc poszłyśmy coś zjeść. Jako że to Belgia, to muszą być fryty 😉 Ja wybrałam frytki z sosem pieprzowym na ciepło – wygląda dziwnie, ale było pysznie.


Następnie udałyśmy się w kierunku rynku, a konkretnie wieży Belfort. Taka mała dygresja – jest pewne nawiązanie do tej wieży w filmie „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” („In Bruges”). Nie ma wyjścia, trzeba będzie się wspiąć na górę 😉 Okazało się jednak, że nie ma biletów na teraz – dopiero na „za ok. półtorej godziny”. Kupiłam bilet (kuzynka już była, więc miałam się wspinać sama).
Do wspinaczki trochę czasu było, więc postanowiłyśmy pospacerować sobie po uliczkach Brugii i wzdłuż kanałów. Brugia jest nazywana flamandzką Wenecją, więc trochę tych kanałów jest. To, co mocno czuć w powietrzu, to wszechobecny zapach czekolady i gofrów. Pełno jest też sklepów właśnie z czekoladkami – wszelkiego rodzaju i kształtu. Nie da się nie wyjechać z tego miasta bez jakiejś czekolady czy czekoladki.



Zaopatrzyłam się we wspomniane czekoladki, kupiłam magnesy i… poszłyśmy na gofry 😉Jeju, jakie to słodkie! Wybrałam gofra z czekoladą i truskawkami, bo wydawał się najmniej przesłodzony 😊


No dobra, czas na wspinaczkę 😊Udałam się do wejścia. Wieża to nie tylko samo wejście na górę, żeby zobaczyć miasto z góry. Na poszczególnych poziomach są pomieszczenia, w których pokazana jest historia wieży oraz ciekawostki z nią związane. Można też posłuchać, jak brzmiały dźwięki dzwonów w poszczególnych latach. Drugą fajną rzeczą jest to, że co jakiś czas jest obrazek, który mówi „na jakim jest się etapie” 😉 Trzecia rzecz – 366 schodów w górę, dość wąsko – więc wyzwanie jest 😉



Będąc już prawie na samej górze jest przecudowne miejsce – „drum room” – coś takiego jak katarynka, ale przeogromna! Akurat trafiłam na początek – niesamowicie to wygląda i brzmi! Cała machineria z wieloma dzwonami i dzwoneczkami grające „Somewhere over the rainbow”. Przynajmniej do Wielkanocy w 2026 roku 😉


Weszłam jeszcze wyżej, żeby zobaczyć największy dzwon oraz panoramę miasta. I to by było na tyle 😉 Czas schodzić.
Zeszłam, znalazłam się z kuzynką i poszłyśmy na rejs statkiem po kanałach. I tu niespodzianka… właśnie zamknęli… ruszyłyśmy zatem na spacer znów wzdłuż kanałów. Minęłyśmy fajne, klimatyczne kamieniczki.


I na tym zakończyłyśmy zwiedzanie – trzeba jeszcze wrócić do Waterloo 😉

Dodaj komentarz